Bruksela coraz mniej przypomina centrum zdrowego rozsądku, a coraz bardziej laboratorium kosztownych eksperymentów, za które płacą zwykli ludzie. System ETS miał ratować klimat, a dziś uderza w europejskie rodziny i przedsiębiorców, wypychając przemysł poza kontynent. Rząd Donald Tusk nie tylko nie stawia tamy tej polityce, ale biernie się jej podporządkowuje. Europa traci siłę, a Polska razem z nią. Czas wreszcie powiedzieć dość. Jak? Poprzez silne narody w Unii, a nie centralizację.

W Brukseli coraz częściej słychać jedno pytanie – czy Europa naprawdę ratuje klimat, czy raczej sama sobie szkodzi? System ETS miał być narzędziem ograniczania emisji. Tymczasem wygląda dziś jak mechanizm przerzucania kosztów na gospodarkę i obywateli.
Koszt emisji w UE przekracza 70 euro za tonę CO2. W Chinach czy Brazylii to około 10 euro. Efekt? Europejski przemysł traci konkurencyjność, a produkcja przenosi się poza kontynent. Klimat na tym nie zyskuje. Europa traci miejsca pracy, inwestycje i bezpieczeństwo gospodarcze.
Rząd Donalda Tuska nie tylko nie kwestionuje tego kierunku, ale wpisuje się w niego bez większego sprzeciwu. A dziś potrzeba raczej odwagi do korekty niż ślepej wiary w mechanizmy, które nie działają.
Droga energia coraz mocniej uderza w codzienne życie Polaków i całą gospodarkę. Wysokie ceny nie są dziś tylko problemem kierowców. Przekładają się bezpośrednio na koszty produkcji rolnej, transportu i usług. Działania rządu D. Tuska w sprawie paliw były wprowadzane tak wolno, że wiele branż miało problem, aby poradzić sobie z drastycznymi podwyżkami. Efekt? Rolnicy już zapowiadają wyższe ceny żywności. Firmy transportowe tracą konkurencyjność, a branża turystyczna sygnalizuje, że nadchodzące wakacje mogą być dla wielu rodzin wyraźnie droższe.
Części z tych problemów można było uniknąć, gdyby rząd nie ignorował propozycji Prawa i Sprawiedliwości. Przemysław Czarnek, kandydat na premiera z ramienia PiS, już na początku marca punktował rząd i wskazywał konkretne działania, które gabinet D. Tuska powinien czym prędzej wykonać. Pod presją działań środowiska Prawa i Sprawiedliwości rządowi nie udało się dłużej grać na zwłokę.
To wszystko wpisuje się w szerszy obraz rosnącej drożyzny i marazmu państwa. Z miesiąca na miesiąc pogłębia się kryzys w służbie zdrowia, wydłużają się kolejki do lekarzy, a obywatele coraz częściej mają poczucie, że zostali pozostawieni sami sobie. Polska zamiast nadrabiać dystans do Europy, zaczyna go tracić, w każdej sferze życia.
Marlena Maląg - Europoseł z Wielkopolski
Temat powraca jak bumerang. Polexit, czyli wyjście z Unii Europejskiej. Straszak, którym od lat posługuje się Donald Tusk. Bo według niego każdy, kto krytykuje Unię, chce z niej wyjść. Problem w tym, że coraz mniej osób wierzy w tę narrację.
Polacy chcą być w Unii. Chcą podróżować, rozwijać biznesy, korzystać z możliwości. Ale chcą też być traktowani poważnie. Jak partner, nie wykonawca poleceń. Bycie w Unii nie oznacza zgody na wszystko. To wspólnota interesów, nie system zależności. Trzeba twardo bić się o swoje, nie ulegać presji czy naciskom, ale na pierwszym miejscu stawiać suwerenność i swój kraj. Tymczasem polityka obecnego rządu sprawia wrażenie, jakby ważniejsze było zadowolenie Brukseli i Berlina niż obrona własnych interesów.
Prężenie się D. Tuska na polskim podwórku kończy się na odważnych wpisach i zaczepkach w mediach społecznościowych. Co to za bohater, którego realna siła negocjacyjna kończy się na swojej klawiaturze?
Coraz trudniej ukryć fakty. Bezrobocie w Polsce znów rośnie i nie jest to chwilowe wahnięcie, tylko wyraźny trend. W lutym osiągnęło 6,1 proc., a liczba osób bez pracy zbliża się do miliona. To najwyższy poziom od lat. Jeszcze niedawno mówiono o stabilnym rynku pracy. Dziś widzimy, jak ta stabilność zaczyna się kruszyć.
Gospodarka pod rządami uśmiechniętej koalicji wyraźnie hamuje. Zamiast impulsów rozwojowych mamy niepewność, drożyznę i brak realnych działań osłonowych. Firmy ograniczają inwestycje, wstrzymują rekrutacje, a część z nich po prostu znika z rynku. To nie są abstrakcyjne wskaźniki. To konkretne dramaty ludzi.
Najbardziej uderza to w młodych. Wchodzą na rynek pracy z nadzieją, a trafiają na zamknięte drzwi. To pokolenie, które miało budować nowoczesną gospodarkę, dziś coraz częściej musi wybierać między emigracją a bezrobociem. I to jest największy koszt tej polityki. Stracone szanse, których nie da się łatwo nadrobić.
Państwo powinno w takiej sytuacji działać zdecydowanie i chronić swoich obywateli. Dziś rząd bardziej zajmuje się politycznymi sporami niż realnymi problemami Polaków. A rynek pracy nie czeka. I dziś jasno pokazuje, że obrany kierunek prowadzi w złą stronę.
Decyzja Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie uznania małżeństwa jednopłciowego zawartego za granicą pokazuje, jak silnie prawo europejskie wpływa dziś na krajowy porządek.
To efekt wcześniejszego orzeczenia Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, które zobowiązało państwa do uznawania takich związków. Dla jednych to krok w stronę równości, dla innych przykład ograniczania suwerenności państw.
Niezależnie od ocen jedno jest pewne. Decyzje zapadają coraz częściej poza Polską, a ich skutki odczuwamy na miejscu. Jednak w kwestii małżeństw sprawa jest jasna i nie ulega wątpliwościom. Konstytucja mówi wprost – to związek kobiety i mężczyzny. I niech tak pozostanie.
Dzisiejsza Europa stoi przed wyborem. Albo postawi na rozwój, przemysł i bezpieczeństwo, albo pogrąży się w regulacjach, które osłabiają jej pozycję. Nie chodzi o odrzucenie współpracy, tylko o zdrowy rozsądek, o politykę, która chroni interesy obywateli. Bo jeśli Europa stanie się muzeum przemysłu, to nie będzie to efekt przypadku, tylko decyzji podejmowanych tu i teraz.

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu pulstygodnia.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz